Aktualności

Ogólnopolski Dzień Transplantacji. Poznaj prawdziwą historię dawcy szpiku [WYWIAD]

Katarzyna Szczuka podczas gali na Słowacji. Fot. archiwum prywatne
Katarzyna Szczuka podczas gali na Słowacji. Fot. archiwum prywatne

Po zaledwie czterech miesiącach od zarejestrowania w bazie dawców Fundacji DKMS dostała telefon z informacją, że może uratować komuś życie. Po trzech latach poznała genetycznego bliźniaka. W Ogólnopolskim Dniu Transplantacji poznaj historię Katarzyny z Gdańska.

 

Ogólnopolski Dzień Transplantacji, już po raz 53., obchodzony jest 26 stycznia. Wydarzenie to upamiętnia pierwsze udane przeszczepienie nerki w 1966 r. w I Klinice Chirurgicznej Akademii Medycznej w Warszawie. Był to 621. taki zabieg na świecie (pierwszy miał miejsce w roku 1954 r.). Transplantacja to często jedyna metoda uratowania komuś życia, dzięki której, co roku setki osób mają szansę urodzić się na nowo.
 

Czy warto być dawcą? Ogólnopolski Dzień Transplantacji

Na świecie jest ponad 8 mln dawców komórek macierzystych. W ciągu 28 lat pomocy udzieliło ponad 71 tys. dawców. Każdego dnia komórki macierzyste na całym świecie oddaje co najmniej 20 dawców DKMS. Fundacja DKMS działa w Polsce od 2008 r. i w bazie ma zarejestrowanych 1,4 mln dawców. Jedną z takich osób prawie 5 lat temu została Katarzyna Szczuka, która zachęca wszystkich do tej formy pomocy.

O potrzebie pomocy i zaletach bycia dawcą z Katarzyną Szczuką, zastępcą dyrektora Departamentu Europejskiego Funduszu Społecznego UMWP i dawczynią szpiku, rozmawiała Dorota Kulka.

 

Dlaczego zdecydowała się Pani zostać dawcą szpiku?

–  Bo życie mamy tylko jedno i od nas samych zależy jak je przeżyjemy. Moi rodzice zawsze powtarzali „co siejesz, to i zbierasz, a dobro zawsze wraca". I tego się będę trzymać. W 2014 r., czyli w momencie, kiedy zdecydowałam się zostać dawczynią przypadała okrągła rocznica śmierci zarówno mojej mamy, jak i taty. I to właśnie wtedy podjęłam decyzję, aby zapisać się do bazy dawców Fundacji DKMS.

 

Jakie są wady i zalety bycia dawczynią?

–  Nie ma wad, a tylko same zalety. Mając okazję poznać bliźniaka genetycznego, zrozumiałam, że to są ogromne emocje i satysfakcja, że mogłam uratować komuś życie. 

 

Kiedy dowiedziała się Pani o tym, że ma genetycznego bliźniaka?

– Już po czterech miesiącach od zapisania się, otrzymałam telefonicznie informację od pracownika Fundacji DKMS, że jestem bliźniakiem genetycznym. Nie powiedziano mi kto, to jest, jaką ma płeć i wiek. Byłam zaskoczona. Nie miałam jeszcze karty dawcy i początkowo myślałam, że to żart. Jednak im dłużej trwała rozmowa z pracownikiem fundacji, w której padało coraz więcej szczegółów dotyczących kolejnych badań, przekonanałam się, że to prawda. Podczas rozmowy byłam bardzo wzruszona, serce waliło mi potwornie. Ale też czułam ogromną radość, że ktoś oczekuje na moją pomoc, a ja mogę jej udzielić. 

 

Jak wyglądała sama transplantacja?

– U mnie było to pobranie komórek macierzystych z talerza kości biodrowej. Musiałam pojechać do Warszawy. Tam w szpitalu przeszłam kolejne badania potwierdzające, że jestem zdrowa, że mam zgodność genetyczną z biorcą i mogę zostać dawczynią. Zostałam poinformowana, że pobranie będzie z talerza kości biodrowej. Dzień przed zabiegiem musiałam ponownie zgłosić się do szpitala w Warszawie. W dniu operacji rano dostałam narkozę. Obudziłam się po około pięciu godzinach. Co prawda czułam pewien dyskomfort, ale nie był to zabieg nieprzyjemny.

 

Czy już wtedy było wiadomo komu ratuje Pani życie?

–  Dopiero po operacji dowiedziałam się, że biorcą był chłopiec ze Słowacji i wtedy się rozpłakałam. Sam zabieg był dużym przedsięwzięciem logistycznym. Na pobrany ode mnie materiał czekał już kurier, który bardzo szybko musiał zawieźć dar życia do słowackiego szpitala. Dostałam dwa tygodnie zwolnienia na dojście do siebie. Przez dwa lata byłam do dyspozycji biorcy, jeśli przypadkiem byłyby komplikacje wynikające z transplantacji szpiku. Pół roku po zabiegu przeszłam badania sprawdzające mój stan zdrowia. Następne badanie było po roku i kolejne po dwóch latach. Była to dla mnie dodatkowa kontrola.

 

Jakie mogą być powikłania? Czy myślała Pani o nich?

– W ogóle nie myślałam, że może mi się coś stać. Raczej myślałam o drugiej stronie. Na ile, mój stan zdrowia oraz zgodność genetyczna, pozwolą, abym mogła być dawcą. Chodziło mi tylko o to, aby komuś pomóc. Oddać część siebie nic nas nie kosztuje, a może pomóc.

 

A w jaki sposób doszło do spotkania z bliźniakiem genetycznym?

– Znowu otrzymałam telefon z Fundacji DKMS, że co roku na Słowacji organizowana jest gala, podczas której biorca poznaje dawcę. Losowanych było pięciu biorców, którym przedstawiani są genetyczni bliźniacy. Zdarzyło się tak, że mój biorca został wylosowany i zgodziłam się wziąć udział w tym wydarzeniu. Następnie musiałam podpisać zgody na udostępnienie niektórych moich danych, mojego wizerunku. I w listopadzie 2018 r. poznaliśmy się.

 

Jakie było pierwsze wrażenie?

– Pierwsze spotkanie było na scenie podczas gali zorganizowanej przez Fundację Kvapka Nadeje. Filmy z niej są dostępne na You Tube. Chłopiec – Marek Cvoligá – jest Słowakiem. Ma 13 lat. Ojciec Marka uklęknął przede mną na scenie. Były łzy i słowa wzruszenia: „dziękuje Ci", „kocham Cię".  Było to dla mnie ogromne przeżycie. To moment nie do opisania, który pozostanie w moim sercu i pamięci do końca życia. W prezencie dałam Markowi książkę „Mały Książę" z dedykacją po polsku, angielsku i słowacku: „Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu". Marek miał siedem lat, gdy zdiagnozowano u niego chorobę krwi. Ma brata bliźniaka. Niestety ani on, ani rodzice, ani nikt z rodziny nie mógł być dawcą. Trwały poszukiwania genetycznego bliźniaka. I wybrano dwie osoby – jedną panią z Niemiec – Silke i drugą, czyli mnie. Pierwszy przeszczep miał od Silke niestety po roku choroba wróciła. Byłam kolejną osobą, do której zwrócono się, tym razem pobrano komórki z talerza kości biodrowej.

 

A czy utrzymuje Pani kontakt z Markiem?

– Z Markiem mamy stały kontakt, głównie na Messengerze. Porozumiewamy się po polsku, słowacku i angielsku. Ale także z jego rodzicami i Silke.

 

Czy, gdyby mogła Pani cofnąć czas, to też podjęłaby Pani taką samą decyzję?

– Oczywiście.

 

A gdyby znowu zadzwonił telefon z DKMS-u?

– Ponownie bym się nie zawahała. Nie odmówiłabym. Byłoby to automatyczne zachowanie. Po dwóch latach znowu wróciłam do bazy dawców. Po samym przeszczepie przez dwa lata byłam zarezerwowana tylko i wyłącznie dla dawcy, jakby spogorszył się jego stan zdrowia.

 

A jak zachęciłaby Pani innych do zostania dawcami?

– Chciałabym, aby każdy pracodawca przyłączał się tego typu inicjatyw, aby miał odwagę do organizowania akcji zachęcających do oddawania szpiku. Może w trakcie Pomorskiego dla Zdrowia. Rozmawiałam na ten temat z koleżankami z DKMS-u, z którymi jechałam na galę dawców do Słowacji. Wyjaśniły mi, że lepszy jest efekt, gdy pracodawca włącza się w tego typu przedsięwzięcia. Można wtedy porozmawiać z wolontariuszami i wyjaśnić wiele wątpliwości i nurtujących kwestii. Jednakże zawsze to jest każdego indywidualna decyzja. Nikogo nie zmusimy do bycia dawcą komórek macierzystych, ale chciałabym podkreślić, że świadomość tego, że każdy z nas może kiedyś zachorować i potrzebować takiej pomocy, powinna nam uzmysłowić, że ten niewielki dar i tylko chwila dyskomfortu, może uratować komuś życie.

Dziękuję za rozmowę

view szablon artykułu