Aktualności

Na co dzień ratują życie, często ryzykując własnym. Ile razy sami byli zagrożeni. Święto ratownictwa medycznego [WYWIAD]

Bartosz Krasiński, ratownik medyczny ze Szpitala im. Mikołaja Kopernika w Gdańsku
Bartosz Krasiński, ratownik medyczny ze Szpitala im. Mikołaja Kopernika w Gdańsku. Fot. Aleksander Olszak

Krasiński: Problem z agresją jest co raz większy. Pamiętam, że dwukrotnie byłem zastraszany przez pacjentów, że wbiją we mnie nóż. Ale ten zawód to moja pasja. Nikt nie zabierze mi chwil, dzięki którym udaje się nam kogoś uratować.

 

13 października obchodzimy Dzień Ratownictwa Medycznego. Święto zostało zapoczątkowane 10 lat temu, żeby uhonorować ten wyjątkowy zawód. Ratownicy medyczni pędzą do nas na sygnale, by ratować nam życie, gdy jesteśmy w potrzebie. Często ryzykują własne życie i zdrowie, by tylko dotrzeć do potrzebującego na czas i udzielić mu pomocy.

Copernicus Podmiot Leczniczy zatrudnia 61 ratowników, w tym w Szpitalu im. Mikołaja Kopernika w Gdańsku pracują 24 takie osoby. Dyżur trwa przeważnie 12 godzin. To praca trudna, obciążająca zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Sprawdziliśmy, jakie naprawdę jest życie ratownika i czy można mówić o satysfakcji.

O tym, jak ważna jest umiejętność udzielania pierwszej pomocy przedmedycznej oraz o pasji do ratowania życia opowiada Bartosz Krasiński, ratownik medyczny ze Szpitala im. Mikołaja Kopernika w Gdańsku.

 

Co to znaczy być ratownikiem?

– Określenie ratownik jest bardzo szerokim pojęciem. W Polsce występuje kilka zawodów związanych z ratownictwem. Ja jestem ratownikiem medycznym. Mój zakres wykonywanych procedur skupia się przede wszystkim na działaniach medycznych. Pracuję w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym (SOR) Szpitala im. Mikołaja Kopernika w Gdańsku.

 

Od ilu lat jest Pan ratownikiem?

– W zawodzie ratownika medycznego pracuję od 7 lat. Jednak moje doświadczenie z SOR-em jest o 2 lata dłuższe. Podczas studiowania ratownictwa medycznego, w przerwach wakacyjnych, zatrudniałem się jako osoba odpowiedzialna w transporcie wewnątrzszpitalnym pacjentów. Jako ratownik medyczny przez krótki czas pracowałem w Pogotowiu Ratunkowym w Gdańsku. Ostatecznie pomimo ciągłych zmian, usprawnień SOR-u, zdecydowanie odnalazłem tu swoje miejsce.

 

Dlaczego wybrał Pan ten zawód?

– Często zadaje sobie to pytanie. Do tej pory nie znalazłem konkretnej odpowiedzi. Nie potrafię sobie przypomnieć również konkretnego dnia, od którego powstała moja pasja. Pamiętam natomiast, że już w klasie maturalnej mocno interesowałem się ratownictwem, czekając tylko, aby rozpocząć studia w tym kierunku. Jest to zdecydowanie zawód, który obarczony jest wielką odpowiedzialnością. Często przysparza nam wiele zmęczenia czy upokorzenia, ale zdarzają się dyżury, podczas których walczymy o życie i zdrowie ludzi naprawdę chorych i wtedy pojawia się duma. Dlatego też myślę, że właśnie duma sprawia, że pomimo wszystkich negatywnych emocji dyżur, w którym zdarza mi się uczestniczyć w akcji ratowania życia ludzkiego, daje jedną z największych radości.

 

Czy czasem żałuje Pan swojego wyboru?

– W żadnym wypadku nie żałuję wyboru zawodu. Wiele osób, gdy na chwilę zatrzyma się nad swoim życiem stwierdza, że ma wytyczoną drogę. Również zaliczam się do tych osób. Najlepszym potwierdzeniem mojej tezy jest fakt, że na studiach poznałem swoją żonę. Zaznaczę, że oboje studiowaliśmy w innym mieście niż mieszkaliśmy na stałe. Poznałem ją na wspólnym egzaminie z biochemii. Od samego początku się w niej zakochałem. Mamy czteroletniego syna. Tu muszę się na chwilę zatrzymać. Nie byłoby ratowania życia pracy i wszystkich tych nieprzespanych nocy, walki o niejedno życie, gdyby nie kochająca mnie rodzina. Mam wspaniałą żonę i cudownego syna. Rodzina jest dla mnie najważniejsza, każdego dnia podtrzymują mnie na duchu, motywując do dalszych działań. Mam to szczęście, że moja żona jest fizjoterapeutą, a brat technikiem radiologii. Pracujemy w jednym szpitalu, dzięki temu mamy częsty kontakt i mogę na nich liczyć w każdej chwili.

 

Co należy do obowiązków ratownika medycznego?

– Bardzo podoba mi się to pytanie, dlatego, że łatwiej byłoby chyba opisać, co nie należy do naszych obowiązków. Zdecydowanie to by lepiej obrazowało naszą pracę. Każdy ratownik medyczny na oddziale ratunkowym musi znać się na rozpoznawaniu zagrożenia życia, posiadać umiejętności ratowania życia. Wykonywać szereg specjalistycznych zabiegów medycznych z reguły przy bardzo małej ilości czasu. W naszej pracy obowiązki czysto medyczne są maksymalnie połową pracy na dyżurze. Dodatkowo każdy z ratowników musi umieć rejestrować pacjentów, prowadzić elektroniczną dokumentację medyczną, wystawiać rachunki dla pacjentów nieubezpieczonych, spisywać rzeczy cenne do depozytu. A dodatkowo jest też szereg czynności, które nie są związane bezpośrednio z naszym wykształceniem medycznym, jednak są nieodzowną częścią procesu leczenia danego pacjenta na SOR-ze. Z moim przyjacielem ratownikiem medycznych Łukaszem Wryczem-Rekowskim (którego serdecznie pozdrawiam) posiadamy dodatkowe zadania. Prowadzimy szkolenia z zakresu podstawowych zabiegów resuscytacyjnych (reanimacyjnych pisząc mniej precyzyjnie) dla wszystkich pracowników spółki Copernicus. Uczymy również w szkole pierwszej pomocy dla osób niemedycznych. Prowadzimy kursy z pierwszej pomocy dla szkoły rodzenia szpitala Copernicus. Najlepsze jednak jest to, że cały czas staramy się rozszerzać wachlarz możliwości szkoleń. Każdego dnia realizujemy nowe pomysły.

 

Jakie są plusy i minusy tego zawodu?  

– To prawda, że przytrafia się bardzo dużo obelg, nieprzyjemnych incydentów, agresji słownych wobec personelu. Jednak w kwestii swojego bezpieczeństwa i bezpieczeństwa naszych pacjentów mamy konkretnie sprecyzowane procedury działań wobec takiej grupy chorych. Zależy nam, aby osoby pobudzone były natychmiast izolowane od reszty pacjentów przebywających na SOR-u, powiadamiając w zależności od sytuacji dany szczebel personelu. Problem z agresją jest rangi ogólnopolskiej, jeśli nie światowej. Najlepszym przykładem, który pamiętam był tydzień, w którym dwukrotnie byłem zastraszany przez dwie różne osoby. Mówiły mi, że są gotowe wbić we mnie nóż. W obydwu przypadkach w trakcie przeszukania przez Policję, okazało się, że osoby te były pod wpływem alkoholu i posiadały niebezpieczne narzędzia. Poziom ryzyka w naszej pracy jest bardzo wysoki i pod względem tak dużej liczby podobnych zdarzeń nadal bardzo mało się o tym mówi.

Jednak nie dla tych „trudnych" pacjentów ratujemy chorych czasem z narażeniem własnego życia i zdrowia. Robimy to dla tzw. „prawdziwych pacjentów". Każdej osobie z naszego personelu sprawia wielką przyjemność móc pomagać ciężko chorym pacjentom. Jednym z „ciekawszych" naszych małych sukcesów była sytuacja, gdzie zgłosił się żołnierz, który wysiadając z samochodu w ciągu dnia poczuł bólu w klatce. Jednak podczas rejestracji nie miał dolegliwości i chciał wrócić do domu. Pamiętam, że go zatrzymałem, sam nie wiem dlaczego. Po prostu czułem, że musi zostać. W wynikach okazało się, że ma ciężką zatorowość płucną, jednostkę chorobową, która jest sklasyfikowana jako zagrożenie zdrowia i życia. Po paru latach znów trafił do nas pacjent-żołnierz, który miał delikatne osłabienie. Okazało, że to był ten sam człowiek. I znowu miał zatorowość płucną i znów trafił na mój dyżur. Czasem tak jest, że mamy po prostu nosa. Nikt nie zabierze mi chwil, dzięki którym udaje się nam kogoś uratować.

 

 Czym jest i dlaczego powstała szkoła pierwszej pomocy?

– Szkoła jest częścią nowo powstającego Centrum Urazowego dla Dzieci. Jednak zdecydowanie odbiega od innych tego typu szkół ze względu na tematykę i przekaz. Przede wszystkim zależy nam na opisywaniu otaczających nas najczęstszych przypadków medycznych, radzeniu sobie z nimi i przeprowadzeniu pacjenta we właściwy sposób. Z doświadczenia wiem, że chorzy nie potrafią rozpoznawać niebezpiecznych chorób. Zdarza się, że w trakcie bezpośredniego zagrożenia życia i zdrowia zamiast wezwać pogotowie ratunkowe, własnym transportem udają się na SOR. Czasami jest też tak, że stan pacjenta nie jest nagły, więc chory udaje się do placówki, która nie jest w stanie w pełni udzielić mu pomocy, gdyż szpital nie zajmuje się leczeniem danego schorzenia (np. brak oddziału o danej specjalizacji). Bywa również tak, że chorzy przychodzą do naszego szpitala z problemami okulistycznymi lub stomatologicznymi. Dlatego też m.in. powstała nasza szkoła, aby wcześniej zapobiegać podobnym przypadkom. Stawiamy na edukację i profilaktykę, aby zwiększyć szansę uniknięcia pewnych chorób, w szczególności tych dziecięcych. Nasza szkoła uczy prawidłowej ścieżki dla pacjenta. Chodzi o to, aby chory wiedział, gdzie się udać z konkretnymi dolegliwościami. Bezpośrednią przyczyną powstania szkoły był stały brak znajomości pierwszej pomocy. Niestety nadal to obserwujemy. Dlatego też cieszę się, że możemy edukować mieszkańców.

 

Kto może chodzić na zajęcia? I gdzie się one odbywają?

– Pytanie nie jest kto może, a raczej kto powinien. Nie znam grupy wiekowej, której aktualnie nie szkolimy z zakresu pierwszej pomocy. Mamy zajęcia w przedszkolach, szkołach, zakładach pracy i placówkach. Uczymy też osoby w podeszłym wieku. Niedawno dodaliśmy jednak to, co wydaje mi się najważniejsze, czyli inny schemat nauki pierwszej pomocy. Otworzyliśmy fanpage na Facebooku o nazwie Aid Copernicus. Staramy się, aby możliwie wszyscy mieszkańcy Gdańska, posiadający profil na FB, przyłączyli się do nas. Systematycznie wstawiamy tam plansze dotyczące instruktarzu pierwszej pomocy w przypadku określonych schorzeń i możliwości ich leczenia w konkretnych placówkach. Jednak przede wszystkim staramy się informować osoby, które chcą sobie powtórzyć pierwszą pomoc, w jakim miejscu w mieście aktualnie prowadzimy zajęcia. Realizujemy coraz więcej projektów profilaktycznych z zakresu pierwszej pomocy. Dzięki szkole osoby lub byli pacjenci szpitala Copernicus przez całe życie będą mogli korzystać ze stałych informacji dotyczących pierwszej pomocy oraz zmian w wytycznych. Nie chcemy, aby po spotkaniach, instruktarzach czy kursach osoby przeszkolone gdzieś nam zniknęły. Zależy nam na stałym utrzymywaniu kontaktu z tymi osobami, aby móc ciągle rozwijać ich wiedzę i umiejętności. Kolejnym plusem naszej akcji jest to, że sami stają się częścią projektu, gdyż chcemy, aby obserwatorzy również stale udostępniali nasze plansze. Mogą z nami rozmawiać, pisać. Zachęcamy wszystkich do stałego korzystania z fanpage'a. Za jakiś czas dodatkowo będziemy mieli szansę się spotkać i wszystko przetrenować na fantomach. Jeśli chodzi o grupy szkoleniowe, to zajęcia odbywają się w szpitalu przy ulicy Nowe Ogrody 1-6. Na naszym portalu są wszystkie informacje dotyczące zapisów na kurs.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Dorota Kulka

view szablon artykułu