O żuławskim gburze i gdańskich bówkach

$image_alt
Fot: Portal Radia Travel

Jak gdańscy bówkowie bogatego chłopa przechytrzyli
Żył sobie na Żuławach pewien zamożny gbur. Wiodło mu się bardzo dobrze. Miał żyzną ziemię, sporo trzody i bydła, piękny dom i dwa wiatraki. Jeden z nich służył do wypompowywania wody z pól i kanałów, drugi zaś służył za młyn. Ten był o wiele solidniejszy. Przypominał nieomal basztę warowną, podczas gdy ten przetaczający wodę mógł się obracać, by w ten sposób najlepiej wykorzystać siłę wiatru. Obsługiwanie jednego i drugiego wymagało nie lada umiejętności oraz doświadczenia.
 
Pewnego dnia przeszła nad Żuławami silna burza z wichurą, która wprawiła w ruch źle zablokowane śmigi murowanego wiatraka. Ciężki kamień młyński wypadł z łożyska i rozpadł się na pół. Bez tego koła cały młyn niewiele był wart, jego właściciel zamówił więc u gdańskich kamieniarzy wielkie koło młyńskie.
 
Kiedy nadszedł dzień odbioru, gospodarz wyciągnął ze stodoły najsolidniejszy wóz, naoliwił osie, dał do zaprzęgu dwa najsilniejsze konie, parobek załadował na wóz kilkanaście pękatych worków mąki z ostatniego przemiału i wyruszyli. Już po paru godzinach ujrzeli wieżyczki miasta Gdańska.
 
Minąwszy Bramę Żuławską i kościół Świętej Barbary oraz szpital flisacki, dotarli do Wyspy Spichrzów. Tutaj gbur sprzedał swoją mąkę i ruszył do dzielnicy Osiek, gdzie mieścił się warsztat kamieniarski. Tu gospodarz dokładnie obejrzał gotowy już i wytoczony na podwórze okazały krąg z kamienia. Sprawdził zgodność wymiarów, po czym, zadowolony, załadował koło i zapłacił za robociznę. Pożegnawszy się z właścicielem, ujął lejce i wyjechał na ulicę. Ruszył w stronę Podwala Przedmiejskiego. Po drodze musiał jednak przemierzyć ulicę Igielników, która, ze względu na to, że była wąska, nazywana była Uchem Igielnym. Załadowany wóz ledwie się tu mieścił. Kiedy wóz był już w połowie uliczki, gbur ujrzał zbliżający się z naprzeciwka w jego stronę powóz, zwany taradeją, pełen złośliwych gdańskich bówków.
 
– Z drogi! – wołali, wściekli, że przybysz zatarasował im drogę.
 
– Ani mi się śni – odrzekł Żuławianin. – Ja pierwszy wjechałem.
 
– Więc pierwszy się wycofasz! – krzyczeli.
 
– Nawet gdybym chciał, nie dałbym rady. Poza tym prawo jest po mojej stronie – odrzekł gbur.
 
– To się okaże! – odkrzyknęli.
 
Mówcy namówili swego woźnicę, by starym gdańskim zwyczajem odmierzył, który z zaprzęgów pokonał większą odległość. Powstało zamieszanie, a tymczasem u wylotu uliczki czekały już kolejne powozy. Po pomiarach okazało się – ku satysfakcji żuławskiego gbura – że był o całe pół stopy lepszy od gdańszczan. Zgodnie więc z szanowaną gdańską tradycją, musieli się cofnąć i dać pierwszeństwo Żuławianinowi.
 
Gdańszczanie nie dali jednak za wygraną. Jak przystało na sowizdrzałów, cenili sobie dobry humor. Naraz zaczęli przed obcym udawać skruchę. Mówili, że żal im gospodarza, który zmarnotrawił przez nich czas i gotów był sobie Bóg wie co pomyśleć o niegościnności gdańszczan. Pragnąc mu to wynagrodzić, zaprosili gbura do gospody Pod Błaznem na parę kufli gdańskiego piwa.
 
Po trzecim kuflu gbur zupełnie zapomniał, kto komu miał fundować, i zaczął hojnie wydawać pieniądze. Zrobiło się późno. Nie było już sensu wracać po nocy. Właściciel gospody zaproponować nocleg.
 
– No dobrze, przyjacielu – rzekł jeden z kawalarzy. – Dla ciebie i twoich koni znajdzie się schronienie, ale gdzie schowasz na noc swoje koło młyńskie?
 
– O to nie muszę się martwić – roześmiał się gbur. – Jest tak ciężki, że nie ma chyba na świecie złodzieja, który pokusiłby się o taką zdobycz. Będę spał spokojnie.
 
– Z gdańszczanami nigdy nic nie wiadomo – odparli mówcy. Życzyli dobrej nocy i dobrego humoru o świcie, po czym oddalili się.
 
Żuławianin zasnął szybko. A gdy spał, mówcy wraz ze swoimi kompanami z Długiego Pobrzeża zdołali stoczyć wielkie koło młyńskie na ziemię. Potoczyli je po ulicznym bruku przed siebie, na koniec pogrążonego we śnie miasta.
 
Nad ranem zaspany jeszcze gbur wyjrzawszy przez okno, oniemiał. Jego wóz był pusty, a koło młyńskie zniknęło bez śladu!
 
Gospodarz przez długi czas nie mógł uwierzyć w to, co się stało. Bezskutecznie poszukiwał koła młyńskiego, którego załadunek kosztował wysiłek wielu, wyposażonych w maszyny, ludzi. Odnalazł je w końcu na drugim końcu miasta, dzięki wszędobylskim gdańskim przekupkom.
 
Gbur wiele już słyszał o wyczynach gdańskich bówków, którzy podobno nigdy nie zhańbili się ciężką pracą, a tu taki wysiłek! Ale że dobry humor go nie opuścił, podarował swój kamień młyński miastu. Na jego życzenie, naprawiający mur obronny robotnicy umieścili go w starej wyrwie i pięknie obmurowali cegłami. Przez wiele lat pokazywano go potem sobie jako świadectwo dowcipu i tężyzny gdańskich bówków i gdyby nie rozebrano gdańskich starych fortyfikacji, zapewne do dziś dnia moglibyśmy podziwiać kamienne koło młyńskie, które nigdy nie trafiło do żuławskiego młyna.

Źródło: „Uczta stulecia: dawne i nowe legendy gdańskie" Jerzego Sampa. Wydawnictwo Polnord - Oskar, Gdańsk 1994
 
Title           Uczta stulecia: dawne i nowe legendy gdańskie
Author       Jerzy Samp
Publisher    Polnord -Wydawn. Oskar, 1994
ISBN          83-86-181-12-5, 9788386181124
view szablon artykułu

Legendy Pomorza

W legendzie zawsze znajdziemy ziarno prawdy. Dlatego nie ma racji ten, kto odmawia podaniom i mitom walorów poznawczych. Są to ważne źródła historyczne, pozwalające poznać przeszłość, a jednocześnie posiadające wartości artystyczne nie do przecenienia. To nie tylko bajkowe opowieści, ale i skarbnica wiedzy historycznej. Pomorze obfituje w legendy i podania. Warto je przeczytać, aby lepiej poznać ten uroklliwy region, jakim jest Pomorze.