Jak dobry diabeł Jankowi fujarkę podarował

$image_alt
Fot. Ludmiła Jezierska

Od tamtego jesiennego wieczora o Smentku mówi się, że to zdolny diabeł, ale strasznie do diabelskiej roboty leniwy. Zamiast Jasia na złą drogę sprowadzić, nakarmił go, a na koniec fujarkę podarował...
Było to dawno, dawno temu. Wcale nie za siedmioma górami, nie za siedmioma rzekami. O wiele bliżej. Bardzo blisko…
 
Diabeł przynajmniej raz w roku musi wykonać swą diabelską powinność, ale diabły, szczególnie te polne, leśne, wiejskie, a ponoć nawet i miejskie, są bardzo leniwe. Dlatego diabelscy urzędnicy przygotowali zwalczający diabelskie lenistwo memoriał. Po piekielnej awanturze, czyli burzliwej dyskusji, zatwierdził Lucyfer sporą liczbę odpowiednich paragrafów, z których najważniejszy brzmiał: „Jeśli diabeł przynajmniej raz w roku nie przysłuży się piekielnej sprawie, to…". Lepiej nie wspominać, co z takim diabłem mogłoby się stać...
 
Smentk był raczej kiepskim diabłem. W każdym razie nawet w piekle nie bardzo go szanowano. Ot, nicpoń – mówiono – co to w lesie pohuczy, z dziupli starej wierzby na rozstajach błyśnie nocą złym okiem, popsoci w oborze, na dachu czy w kominie. Ot, pocieszna, kusa figura, do tego leniwa tak ohydnie, że w piekle już od dawna nie zarejestrowano żadnej jego zasługi. I pewno tak by już pozostało, gdyby nie ów piekielny rwetes wokół nowych paragrafów.
 
Smentk właśnie otrzymał urzędowe obwieszczenie. Była późna jesień. Drapał się Smentk po kudłatym łbie dzień cały, noc i jeszcze jeden dzień, bo zarządzenie poważne, że skóra cierpnie, do czynienia złego zobowiązuje, do wytężonej diabelskiej pracy, a on właśnie rozglądał się za ciepłym kątem na zimę. Trzeciego dnia nie mógł sobie Smentk miejsca znaleźć. Po gościńcu się kręcił, piaskiem w oczy gospodarzom sypał, popiskiwał przeraźliwie w łozach. Zły był, jak sto najprawdziwszych czartów.
 
Nie było rady. Chcąc, nie chcąc, przystroił się Smentk jak wędrowny kowal, wór z narzędziami na plecy zarzucił, kostuchem się podparł i ruszył ku wsi ze szczerym zamiarem zbałamucenia jakiejś niewinnej duszyczki.
 
* * * * *
 
Z łąki nad rzeką wolno podnosiła się ciężka zasłona październikowej mgły. Jasio, jak co dzień, pasł trzy krowy. Skulony przy maleńkim ognisku próbował rozgrzać zgrabiałe ręce. Chłód jednego z ostatnich październikowych dni przenikał tysiącami igiełek pod Jasiową kapotę. Pognałby Jasio krowy do zagrody, ale gospodyni surowo nakazała dopiero na wieczorny udój krowy do zagrody przypędzić. Nie było rady. Pilnował Jasio, jak mu przykazano, żeby krowy na cudzy zagon nie poszły, żeby nie się nie zgubiły, bo gospodyni i gospodarz srodzy, złoiliby skórę, jak amen w pacierzu. I nikt by się za Jasiem nie ujął. Ojciec daleko, na obczyznę za chlebem powędrował. Matka rozchorowała się i pomarła. I choć przygarnęli go dalecy krewni, to lekkiego życia na służbie nie miał. Co rano zrywał się o świcie i za marną kromkę chleba pędził krowy na pastwisko.
 
Grzał Jasio ręce nad ogniskiem, bił rękoma o kapotę, pod niewielką skarpę podbiegał w górę i w dół ku ognisku, ale niewiele to wszystko pomagało. Nagle, ni stąd, ni zowąd, jakby wyrastając spod ziemi, stanęła przed chłopcem jakaś postać.
 
– Kto tu?
 
– Ejże, dzieciaku, nie bój się, to ja, nie widzisz, Kuba, wędrowny kowal. Wędrowałem tą ścieżką od brodu. Ognisko widzę, to i podszedłem, bo wieś gdzieś tu niedaleko musi być, a w tej mgle nic nie widać.
 
Kowal zrzucił z ramienia spory skórzany wór. Zastukało, zachrzęściło w worze żelastwo. „Pewnie narzędzia, hufnale i podkowy" – domyślał się Janek. Kowal rozchylił obszerną opończę i wyjął z przepaścistej kieszeni tabakierę. Za kciukiem usypał sporą szczyptę tabaki i pociągnął wąchalem, zażył. A kichnął tak siarczyście, że wydawało się Jasiowi, iż iskry dookoła się posypały.
 
– Na zdrowie, kowalu, na zdrowie.
 
– Przestraszyłeś się, co? Tak, tak. Sam tu, widzę, jak palec, krów na pastwisku doglądasz, to i obcego się przestraszyłeś.
 
– Nie przestraszyłem się. Tylko… tak nagle, kowalu, zjawiliście się, jakbyście spod ziemi wyrośli.
 
– A to dobre, spod ziemi wyrosłem! Toś sprytnie wydumał, łobuzie, cha, cha…
 
Kowal Kuba przykucnął przy ognisku. Kładąc sobie na kolanach wyciągnięte zza pazuchy zawiniątko, ręce nad ogień wyciągnął.
 
– Nie zimno ci? Chłód taki już, że i psa z domu żal wypędzić.
 
– Zimno – potwierdził Janek.
 
– Tak, tak, chudzino, zimno ci i pewnie głodno.
 
– Głodno – powtórzył jak echo Janek. – Nie. O, jeszcze mam kromkę chleba. Podzielę się z wami.
 
– Serce masz dobre, chłopcze. Mówisz, podzielisz się, to pięknie. Nie odmówię.
 
Janek przełamał kromkę i podał większą część kowalowi. Milczeli przez chwilę. Spoglądając na siebie przyjaźnie, ze smakiem jedli chleb.
 
– Toś mnie, synku, ugościł. Nie można by lepiej. Z serca dałeś, choć tobie bardziej niż mnie, synku, kiszki marsza grają. A podzieliłeś się bez wahania.
 
Kowal rozsupłał rzemyk, który oplatał zawiniątko, spoczywające na jego kolanach.
 
– To teraz ja się z tobą podzielę.
 
Wędrowiec wyjął spory kawałek sera i kiełbasy wianuszek, i półbochen złocistego chleba.
 
– Ot, zapraszam, smyku. Bierz i jedz na zdrowie.
 
To mówiąc, wyjął z kieszeni kapoty błyszczący stalą i białą kością okładziony kozik i podzielił ser, kiełbasę i chleb równo na połowę.
 
– Trzeba by też coś do picia – sięgnął do kieszeni i wyciągnął zgrabny kubek. – No, urwisie, choć takiś maleńki, jak Tomcio Paluch, trzy krowy pasiesz, to i tę ociupinkę mleka w kubek udoisz w mig.
 
– Ale gospodyni – zawahał się Janek – jak pozna, będzie się gniewała.
 
– Widzę, żeś doprawdy zacny chłopak, a gospodynię masz surową. Idź. Pół kubka udój. Po łyku tylko będzie, ale trudno.
 
Pobiegł Janek ku krowom, i już po chwili siedział przy ognisku, jedząc to, co mu kowal do garści wtykał, aż uszy mu się trzęsły.
 
Jedząc, chłopiec, nim się spostrzegł, opowiedział o sobie wszystko. O matuli, która pomarła, i ojcu, który gdzieś w świecie, nie wiedząc o mamy śmierci nic, pracuje, a może już wraca, i o gospodarzach srogich… Kiedy Janek skończył, kowal sporą chwilę milczał.
 
– Srogo się los, chłopcze, z tobą obszedł, okrutnie… A wiesz ty, może rzuć to wszystko i ze mną chodź, ot, zobacz, dukatów mam pełny trzos i fach mam niezły. Biedy nie zaznasz. A krowy, chłopcze, za krzywdę twoją do rzeki zagnamy i potopimy. Niech tym twoim gospodarzom, psiajuchom, ze zgryzoty i z chciwości te ich kamienne serca pękną.
 
– Co mówicie, kowalu? Strach słuchać! Nie pójdę z wami, bo tu na ojca muszę czekać. A gospodarze surowi, to prawda, ale przecież mam u nich kąt i kawałek chleba, a wy mi radzicie krowy topić. Nie.
 
Cofnął się chłopiec od ogniska. Przestraszył się tej niespodziewanej mowy wędrownego kowala.
 
– Nie bój się, chłopcze, ja tylko tak…
 
– Nie można nawet tak myśleć. Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe, mawiała matuś. Nigdzie z wami nie pójdę.
 
– Nie pójdziesz. Szkoda. Będziesz tu siedział na pastwisku, marzł, pochlipywał, a może i zamarzniesz, bo coś mi się wydaje, że ci twoi gospodarze to i na śniegu gotowi krowy paść.
 
– Muszę czekać na ojca.
 
– Pomogę ci odnaleźć ojca. Talary mam.
 
– Nic mi po waszych talarach. Tu muszę na ojca czekać. A za ser, kiełbasę i chleb bardzo dziękuję.
 
– Widzę, że nic ode mnie nie chcesz. I nie boisz się srogiego losu.
 
Przykucnął wędrowny kowal przy ognisku, tobołek z jedzeniem zawiązał i ukrył pod kapotą. Podumał jeszcze chwilę, ręce nad ogniskiem pogrzał i powstał.
 
– Nic nie chcesz – powtórzył jeszcze raz kowal i sięgnął po skórzany wór z kowalskim dobytkiem. – Ale jak odejdę, to znowu będzie ci smutno – położył wór z powrotem na trawie. – Zuch z ciebie, a ze mnie okrutny osioł, żem cię do złego namawiał. Widzisz, tę wierzbę, chłopcze? Masz tu kozik i migiem przynieś ot, taką jak palec wierzbową witkę.
 
Zawahał się Janek, ale widząc, że kowal rozsiada się przy ognisku, spytał: – A po co wam gałązka?
 
– Przynieś, to zobaczysz.
 
Popatrzył Janek na kozik, który mu w ręku błyszczał, spojrzał raz jeszcze na kowala i pognał jak wiatr ku wierzbie. Jak wiatr też wrócił, trzymając w garści wierzbową witkę.
 
– No, siadaj, zuchu. Daj kozik. W tej witce, chłopcze, drzemie wiele wesołej muzyki. Pokażę ci, jak z witki zrobić fujarkę. Patrz uważnie.
 
Wziął kowal witkę w garść, kozikiem ją ponacinał, opukał, zestrugał, gdzie trzeba, dziurkę wyciął i po chwili to, co mu w ręce pozostało, podniósł do ust i zagrał. Siedział Janek przy kowalu i jak urzeczony słuchał śpiewu fujarki.
 
– Teraz ty spróbuj – powiedział kowal, wtykając Jankowi w garść fujarkę.
 
Przyłożył Janek fujarkę do ust i dmuchnął. Popiskiwanie jakieś, poświstywanie poturlało się w trawę.
 
– Trzeba się nauczyć. Patrz na mnie.
 
I uczył go dobrą chwilę. Uczył dmuchać równo i palcami przebierać. W każdym razie, nim się Janek obejrzał, już najprostsze melodie grać potrafił.
 
– A teraz, chłopcze, weź wozik i przynieś trochę grubszą witkę. Pora zrobić drugą fujarkę. Ja będę grał i ty, łatwiej się nauczysz.
 
Pobiegł Janek ku wierzbie po witkę. Szybko się uwinął, ale kiedy wrócił, przy ognisku nie było już wędrownego kowala...
 
Za swoje dobre serce Smentk po dziś dzień w piekle siedzi. Niejeden diabelski magister próbował go czynienia zła uczyć, ale nauka na marne wciąż idzie. Mówią, że Smentk to zdolny diabeł, tylko jakby zbyt ludzki…
 
Na podstawie legendy „Jak dobry diabeł Jankowi fujarkę podarował" ze zbioru Andrzeja Grzyba „Baśnie z Kociewia", Starogard Gdański 2001
Oprac. LJ
view szablon artykułu

Legendy Pomorza

W legendzie zawsze znajdziemy ziarno prawdy. Dlatego nie ma racji ten, kto odmawia podaniom i mitom walorów poznawczych. Są to ważne źródła historyczne, pozwalające poznać przeszłość, a jednocześnie posiadające wartości artystyczne nie do przecenienia. To nie tylko bajkowe opowieści, ale i skarbnica wiedzy historycznej. Pomorze obfituje w legendy i podania. Warto je przeczytać, aby lepiej poznać ten uroklliwy region, jakim jest Pomorze.